...Coś o wszystkim lub o niczym
Kategorie: Wszystkie | Codziennik | Lektury
RSS
środa, 31 sierpnia 2005
Kurs filozofii dla ubogich

Swojego czasu (chciałoby się powiedzieć bardzo dawno temu) bardzo popularna w moim kręgu była książka Josteina Gardera "Świat Zofii". Tam też można było znaleźć tę równie słynną (jeśli nie słynniejszą) definicję filozofa: "Jedyne, czego nam trzeba, abyśmy się stali się dobrymi filozofami, to zdolność do dziwienia się światem".

Wtedy też według mnie się zaczęło. Otworzył się ten wielki worek i wysypała się z niego ta masa alchemików, Coelhów, Eichelbergerów, psychoanalityków, wróżek, buddystów, kabalistów i licho wie czego jeszcze. Zaczęła się ta filozofia dla ubogich. "Ocal w sobie dziecko, a bedziesz filozofem". Przeróżne brednie, w które łatwiej uwierzyć jeśli ktoś napisze je wielką literą.

Tak naprawdę filozofia to umiłowanie mądrości, a nie infantylności. To umiejętność myślenia. Myślenia krytycznego, poprawnego i racjonalnego. Już ten mistycyzm i wiara w wytrząsane z rękawa prawdy o życiu i świecie dyskwalifikuje "ocalone wewnętrzne dzieci" jako filozofów.

Do tego wzystkiego dochodzi jeszcze to wielkie poszukiwanie szczęścia. Wartości, która nagle urosła do najważniejszej. Bez niej człowiek jest nie w pełni wartościowy. W końcu wszyscy wszędzie są uśmiechnięci i zadowoleni. Wystarczy jednak posłuchać porad tych wizjonerów, mistyków, czy buddystów, pójśc do psychoanalityka i wszystko w życiu będzie w porządku. Trochę to przekonanie o naturze szczęścia przypomina dzisiejsze rynki finansowe. Wszystkie państwa, firmy mają pieniądze. Przez światowe giełdy także przepływa ich wielka masa. Euro, dolar, jen. Jednak czy ta masa kapitału naprawdę istnieje? Czy ktoś widział te pieniądze? A co jeśli pewnego dnia ktoś odłączyłby prąd? Czy wtedy wszystkie pieniądze świata nie zniknęłyby? Podobnie jest dziś ze szczęściem. Wszyscy niby je posiadają, szukają go, czy wręcz oczekują od życia jako jakiejś należności. Tak naprawdę szczęście ma bardzo kruche podstawy. Ciągłe napięcie w pogoni za nim w zasadzie całkowicie możliwość szczęścia niweczy. Wystarczy chyba uświadomić sobie, że szczęście to coś rzadkiego. Raczej nietypowego w ludzkim życiu.

22:48, kot_maurycy , Codziennik
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 sierpnia 2005
Ruda, starsza pani

Jako, że często jeżdżę wieczorem autobusem, spotykam tą panią często. Starsza pani o rudych włosach. Zawsze w tym samym niebieskim płaszczyku. Zimą grubszym, o ciemniejszym kolorze. Latem lżejszym bardziej błękitnym. Zawsze stara się wsiąść jako pierwsza. Szybko rozgląda się za miejscem, ale nigdy na nim nie siada. Jedynie przycupnie na samym brzegu, jakby zaraz miała się gdzieś zerwać i pobiec. Czasami po prostu stoi przy wolnym siedzeniu. I czeka, rozglądając się przez autobusowe okno. Otóż panią tą na przystanek odprowadza syn. Zanim odjedzie chce mu jeszcze pomachać przez okno. Są dni, gdy jej się to udaje. Syn jeszcze nie poszedł. Stoi po drugiej stronie przystanku. Pomacha swojej mamie. Wtedy ona rozsiada się wygodnie, przyczesze potargane w czasie wsiadania do autobusu włosy i jedzie spokojnie. Są jednak też takie dni, kiedy pani się nie udaje pomachać synowi. Albo się śpieszy i poszedł już do domu, albo odwrócony po prostu swojej matki nie zauważył. Wtedy pani kurczy się w oczach, jest taka malutka i jakby przestraszona. Jedzie dalej, ale przez całą rogę wierci się na swoim siedzeniu. Zła, może smutna.

11:47, kot_maurycy , Codziennik
Link Komentarze (2) »
Przychodnia

- Ty to masz jakąś nieprzyjemną tą przychodnię.

- Czemu?

- No bo u ciebie to tak: (burcząco-złowrogim głosem) "Gabinet numer trzy."

- A u ciebie?

- U mnie nie ma trzech gabinetów.

00:10, kot_maurycy , Codziennik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 sierpnia 2005
Arsienij Tarkowski "Pierworództwo"

„Ani trucizna ani anatema

Niestraszne mi. W przeczucia i złowieszcze

Znaki nie wierzę. Wiem, że śmierci nie ma

W przyrodzie. Wszystko, co żyje, jest wieczne.

Niezrozumiała jest ludzka obawa

Przed śmiercią i ciemnością. Tylko jawa

I tylko życie istnieje na świecie.

Wszyscy stoimy nad morską głębiną;

Ja jestem z tych, co nieśmiertelność z sieci

Wyjmują, gdy jej ławice napłyną

(...)

Mam nieśmiertelność w sobie tak bogatą,

Że moją krwią by wieki roztętniono.

Za kąt przytulny, gdzie drwa jasno płoną,

Mogłoby życie moje być zapłatą,

Gdyby nie było lotną igłą ono,

Co w świat mnie niesie jak nić nawleczoną."

Ukradzione z lapidarium.

23:54, kot_maurycy , Lektury
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 sierpnia 2005
Moda

Moda zawsze kojarzyła mi się z postacią Fiora z Gombrowiczowskiej "Operetki". Trochę błazen, a trochę tyran, Fior uosabia dla mnie wszystkie oblicza mody. Tego sztucznego blichtru, w który wtłaczają się bogate damulki po fittnesie, a przed spotkaniem na kawę. Tej groteski, gdy grube babiszony wciskają się w modne i o cztery numery za małe spódnice czy spodnie. Jednocześnie moda mnie onieśmiela i przeraża. No bo jak może być inaczej skoro w swojej władzy ma tyle ludzi, gotowych robić rzeczy nie mieszczące się w głowie, urągające zdrowemu rozsądkowi. Ewidentnie pomaga jej w tym trend do bycia trendi, stawiając smak, bycie "glamour" na pierwszym miejscu. Tu oczywiście króluje Nowy Jork i jego wielka ambasada jaką był serial "Seks w wielkim mieście", momentami wręcz obrzydliwy. Z wiadomych powodów.

Kiedy jestem w jakimś z butików w wielkiej galerii handlowej, otoczony skórzanymi fotelami, błyszczącymi lustrami, manekinami ubranymi w najnowsze kolekcje lubię sobie popatrzeć na sufit. Tam, pomiędzy wiszącymi lampami, halogenami, całymi paletami świateł isnieją sobie smętnie obwinięte, chyba na pocieszenie, srebrną aluminiową izolacją rury z wodą, rury od klimatyzacji. Po prostu prawdziwa twarz blichtru.

23:14, kot_maurycy
Link Komentarze (2) »
piątek, 26 sierpnia 2005
Tomasz Różycki "Dwanaście stacji"

Oczywiste było dla mnie od razu te "Dwanaście stacji". Oczywiście nawiązujące do najsłynniejszych dwunastu ksiąg w polskiej literaturze, do "Pana Tadeusza". Tak jak i tam mamy młodego panicza ("Wnuka") wracającego do domu po zagranicznych wojażach. Tak jak i tam mamy nostalgię za tym co już było, za tradycją kraju lat dziecięcych (w przypadku "Dwunastu stacji" krainą dośc specyficzną - Śląskiem Opolskim, gdzie mieszają się tradycje niemieckie, polskie i wschodnie). Podobieństwa sięgają nawet poszczególnych scen czy motywów. Począwszy od prezentacji bohatera, który wchodzi do pustego domu, rozgladając się trochę zagubiony, przez motyw zegara, a skończywszy na zabawnym przetworzeniu historii grzybobrania. Na koniec tak jak i tam widzimy wszystko co ostatnie, świat tuż przed zagładą. "(...) jedyna Babcia żyjąca dla Wnuka, ostatnia, co tak pierogi lepiła." Całość kończy się wielką paradą duchów i wielkim zniszczeniem krainy tradycji przez buldożery szykujące teren pod budowę nowego hipermarketu.

Niestety, te oczywistości są zbyt oczywiste. Odświeżony współczesnym językiem (który też czasem bywa przerażający! może to moja ignorancja, ale autor wydaje się czasami silić na zbytnią młodzieżowość i oryginalność, obok takich smaczków: "padały na podłogę słoneczne promienie na podobieństwo (...) strun eolskiej harfy, którą trącały od niechcenia ulotne roztocza." są też takie dziwne dla mnie kwestie: "doznał wnuk wysięku ze strony śluzówek i zakłóceń w pracy gałek ocznych, czyli płaczliwości") "Pan Tadeusz". Ot co.

Pomimo to ta książka jest dla mnie wyjątkowo ważna. Niedawno odwiedzając Opole byłem gościem, dla mnie zupełnie obcego, a wręcz dziwnego, świata. Okazało się, że większość tamtejszych, dziwnych dla mnie zachowań, czy sytuacji wytłumaczona została właśnie przez Różyckiego. Gościnność objawiającą się w ciągłym karmieniu i dokarmianiu. Dość jawna i silna religijność. Także topografia miasta została w pewien sposób dopełniona i zmieniona. Wszystko to zostało przetworzone w poetycki sposób przez tę książkę, sprawiając, że Opole dla mnie stało się na wpół magiczną krainą.

23:53, kot_maurycy , Lektury
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5